O zjawie z Kozichy

 

Świtezianka z Kozichy

 

Lata dzieciństwa wspominam czasem

Pomnę czerwcowe ciepłe wieczory

Kiedy przed chatą mój dziadek Staszek

Jak zwykle z kurzu trzepał swe pory

 

Siadł na pogródce, nabijał fajkę

Na to dzieciarnia cała czekała

By ulubioną usłyszeć bajkę

Historię co się naprawdę działa

 

Było to wszystko w odległych czasach

Gdy dane słowo wiele znaczyło

Zwierz dziki jeszcze biegał po lasach

Po bagnach licho ludzi wodziło

 

Dosyć typowo baśń się zaczyna

Wśród ludzi, którzy tutaj mieszkali

Żył młody chłopak oraz dziewczyna

Co się szalenie w sobie kochali

 

On był postawny, smukły jak wieża

Nie żaden prostak ani syn chłopa

Był bowiem giermkiem cnego rycerza

Sławoja z Turzy herbu Przykopa

 

Był ślub przepiękny i weselisko

Dziewięć dni jedli, pili, hulali

Lecz młodzian musiał zostawić wszystko

Bo na wojenkę wici rozsłali

 

Odkąd wyjechał mijały lata

Dziewczyna tęskniąc wiernie czekała

Trochę w ruinę popadła chata

Nocami rzewnie za nim płakała

 

Wreszcie go szukać postanowiła

Wzięła tobołek, kostur drewniany

Zamknęła chatę i w świat ruszyła

Gdzie na wojenkę poszedł kochany

 

Szła dzionek cały, gdy noc zapadła

To opętały ją dziwne licha

Zawiodły w ciemne bagna, mokradła

W miejsce zwane dzisiaj Kozicha

 

Strach niepojęty gardło jej ścisnął

I przeogromna pchała ją siła

Brodząc po pachy w oparzeliskach

Kostur z tobołkiem swój zagubiła

 

Szła coraz dalej wbrew swojej woli

I coraz głębiej się zapadała

Cicho jęknęła, kiedy powoli

Czeluść nad głową się zamykała

 

Zabulgotało jeszcze złowrogo

W bagnach Kozichy koło drzew kępy

Rano jak jechał chłop polną drogą

Na wodzie widział tobołka strzępy

 

Mieszkańcy sioła nie przypuszczali

Co się w Kozisze nocą zdarzyło

Lecz późno z pola wracać się bali

Bo ich jęcząca zjawa straszyła

 

Tu dziadek zamilkł na krótką chwilę

Jakby pamięci mu brakowało

Potem powiedział: słuchajcie szczyle

Co mnie samego kiedyś spotkało

 

Przypomniał sobie jak to za młodu

Gdy w sile wieku był gospodarzem

Przeżył historię jak z Hollywoodu

I opowiedział cały ciąg zdarzeń

 

Jechał od orki, jesień to była

Noc najczarniejsza szybko zapadła

Takoż do domu mu się spieszyło

Więc przez Kozichy jechał mokradła

 

Kurzył fajeczkę i gwizdał raźno

Trochę leniwie konie człapały

Po bokach drogi ciągło się bagno

Które to gęste mgły spowijały

 

Raptem miesiączek wyszedł zza chmury

Srebrną poświatą zalał dolinę

I biała postać mikrej postury

Zamajaczyła przed nim na chwilę

 

Konie się całe pianą pokryły

Parskały głośno, biły z kopyta

Stach ścisnął wodze ile miał siły

Co za cholera – cicho zapytał

 

Zerwał się wiatr i mgła przewalała

I ujrzał ją w całej okazałości

Przy kępie olszyn nad wodą stała

Białą poświatą spowite kości

 

Wóz w poprzek drogi szarpnęły konie

Coś z głuchym trzaskiem pod spodem pękło

Stachu zaś fiknął, rozłożył dłonie

Upadł na plecy i cicho jęknął

 

Z wielką wściekłością spojrzał na zjawę

Bo nie zwykł bać się byle czego

Lecz ze zdziwieniem japę rozdziawił

Że ona ręką macha do niego

 

Poprawił beret oraz gumiaki

Aby wyglądać ciut estetyczniej

Mlasnęło błoto gdy poszedł w krzaki

A to choć upiór to było śliczne

 

Brnął w stronę kępy gdzie ona stała

Ostrożnie w błocie stawiając nogi

Widział jej wszystkie krągłości ciała

Choć był zaledwie w połowie drogi

 

Przyspieszył nieco bo nabrał chuci

I pragnął szybciej dojść do olszyny

Nagle rozsierdził się i rozjuszył

Bo tam nie było żadnej dziewczyny

 

Chmury rozpierzchły się, mgła opadła

Noc pojaśniała księżyca blaskiem

Oczami powiódł Stach po mokradłach

A zjawa stała teraz pod laskiem

 

Ruszył przez bagno, lecz wpadł po pachy

W duchu więc przeklął zjawę kobietę

Gumiaki spadły, przemokły łachy

A wiatr się bawił jego beretem

 

Błoto go ścisło jak wielkie kleszcze

I nie był w stanie zrobić już rucha

Zanim Stach zemdlał to zdołał jeszcze

Usłyszeć chichot podłego ducha

 

Gdy oprzytomniał usłyszał rżenie

Był zanurzony w bagnie po szyję

Poczuł bezsilność i przygnębienie

Lecz się ucieszył - ja jednak żyję

 

Namacał rzemień, złapał go w dłonie

Szarpnął, zawołał: wio! na gniadego

Wolno posłusznie ruszyły konie

Wywlokły Stacha ledwie żywego

 

Puścił postronek gdy był na drodze

Po chwili nabrał nieco otuchy

Choć w kalesonach na jego nodze

Się kotłowały chyba ropuchy

 

Usiadł na wozie zmarznięty, słaby

Rozwiązał troki i z obrzydzeniem

Potrząsną nogą, a śliskie żaby

Powypadały z gaci na ziemię

 

Wracał do wioski Stach zatroskany

Siedząc na wozie ze zwieszoną głową

Pokorny, mokry i skołowany

Jak pies co skulił pod siebie ogon

 

Dziadek ciut przysnął, wrócił do pionu

Na chwilę lekko przymrużył oczy

Ze słoja siorbnął łyk samogonu

Mając na twarzy uśmiech uroczy

 

I wyszła babcia właśnie w tej chwili

- Co ty tu plecies stary guptoku

Po bagnie diably cie wywodzily

Boś sie na polu nachloł jabcoków

 

Nie ma już dziadka lecz bajka żywa

W pamięci mojej do dziś została

Lecz do dziś nie wiem, czy jest prawdziwa

Czy tez przez dziadka zmyślona cała

 

Sprawdzić prawdziwość słów dziadka miałem

Bo dziadek bajarz był wcale nielichy

Lecz nigdy w nocy się nie wybrałem

W szynwałdzkie bagna starej Kozichy

 

Spisałbym bajki dziadka od biedy

Choć pewnie na to brakłoby życia

Może opowiem wam coś jeszcze kiedy

Teraz niestety cza iść do gnicia

 

Anonimowy Twórca Ludowy

 

Kozicha - bagnista łąka gdzieś na Korzeniu