O ciorcie z Nokla na Japoniji

 

Gdy po Szynwałdzie gruchnęła wieść, że w Noklu straszy, wielu kawalercoków postanowiło to sprawdzić. Jednym z nich był Stefek, który założył się o flaszkę pędzichy z kompanami, bo za darmo łba nie będzie nadstawiał. Gdy zakład został przypieczętowany, kompanija zażądała od Stefka natychmiastowego wyruszenia do Nokla.

Zbliżała się północ, noc była ciepła i księżycowa. Młodzieńcy ulokowali się na górce porośniętej drzewami, a Stefek miał przejść wąską ścieżką, która wiła się wraz z zakolem rzeki. Za ścieżką był bardzo stromy brzeg. Jeden nieostrożny krok, i można było wpaść do bombola.

Stefek wszedł na ścieżkę i wypowiedział słowa: ciorcie, ciorcie, jakżeś tu jest, to się mi pokoż. Ci na górce dokładnie słyszeli zachętę Stefka. Usłyszeli jeszcze chlupotanie wody i wtedy zobaczyli, że Stefek wpadł do rzeki. Zjechali na tyłkach z górki i wyciągnęli z wody ledwo żywego śmiałka. Myśleli, że z nadmiaru emocji, Stefek skrewił robotę, bo niczego nie widzieli ani też nie słyszeli.

Gdy Stefek cokolwiek doszedł do siebie, opowiedział im całą prawdę. Zaraz po wypowiedzeniu zachęty, zobaczył przed sobą końską głowę z szyją i grzywą. Z pyska tej głowy buchało żarem, a oczy świeciły się, jak dwie duże, rozżarzone kule. Śmiałek klął się na wszystkie świętości, że ciort pod postacią końskiej głowy, kilkakrotnie zarżał, ale tak jakoś śmiesznie. Jakby się śmiał ludzkim głosem.

To miejsce istnieje do dziś w prawie niezmienionej postaci. Uczestnicy tych wydarzeń już nie żyją, ale bajęda utkwiła w pamięci, bo jest przekazywana z pokolenia na pokolenie.

 

Spisała - Apolonia Zięba