Wspomnienia wojenne Marii Czarnik

 

Maria Czarnik urodziła się w 1927 r. w Szynwałdzie, jako trzecia z szóstki rodzeństwa (Stanisław, Zofia, Maria, Julia, Adelajda, Kazimierz), córka Franciszka i Agnieszki Plebanek. Wyszła za mąż za Medarda Czarnika i obecnie mieszka w Zalasowej. W Szynwałdzie spędziła swoją młodość i przeżycia z tego czasu zachowała w pamięci do dzisiaj.

 

Wrzesień 1939 r., mam 12 lat. Do naszego domu od Tuchowa przyszło dwóch młodych polskich żołnierzy. Byli bez plecaków i broni, boso, ze stopami ociekającymi krwią od otarć. Ze łzami w oczach prosili naszego tatusia o pomoc. Tato spędził 5 lat w rosyjskiej niewoli na Syberii, więc los żołnierza nie był mu obcy. Wypytał ich gdzie mają broń, okazało się, że plecaki i karabiny zostawili na Dziole. Za takie postępowanie otrzymali od taty ostrą reprymendę. Jednak dał im ciepłej wody w cebrzyku, aby umyli nogi, sam podarł nowe prześcieradło i zabandażował im stopy, mnie zaś wysłał po ich rzeczy. Nie dałam rady unieść plecaków i karabinów, więc je przywlokłam. Tatuś wziął karabiny i sprawdził czy są naładowane, jeden okazał się pusty a drugi naładowany. Dopiero wtedy zdał sobie sprawę na jakie niebezpieczeństwo mnie naraził. Przytulił mnie mocno i ze łzami w oczach dziękował Bogu, że nic mi się nie stało. Tato nakarmił tych chłopców, a jak odpoczęli dał im bochenek chleba i ser. Na pożegnanie ucałowali tatę w rękę i poszli na wschód, co się z nimi stało nie wiem.

 

Stoimy z rodzeństwem na górce koło drogi. Szosą od Ryglic jechały niemieckie ciężarówki zamaskowane gałęziami, na drzwiach miały wymalowane czarne krzyże. Żołnierze coś śpiewali, ale nic z tego nie rozumieliśmy.

 

W czasie okupacji zabrano mnie do pracy w ogrodzie warzywnym we dworze, którzy przejęli Niemcy. Razem ze mną w grupie pracowały Szynwałdzianki: Kopacz Zofia i Żywiecka, której imienia nie pamiętam, a także wysiedlone: Kowalska Genowefa, Nowak Genowefa, Gałczak Wanda z Poznania, Jurkiewicz Krystyna, Bierło Eleonora i Kapustka Maria z Inowrocławia. Pilnował nas starszy niemiecki żołnierz, który był ciężko ranny na froncie wschodnim. W sumie bardzo poczciwy człowiek, nigdy nie pozwolił robić nam krzywdy.

 

Pracownice gospodarstwa ogrodniczego we dworze, w środku nadzorujący je żołnierz niemiecki. W drugim rzędzie, pierwsza od prawej Maria Plebanek (po mężu Czarnik)

 

Pracownice gospodarstwa ogrodniczego we dworze w Szynwałdzie, wśród nich znajdują się kobiety wysiedlone z Poznania i Inowrocławia

1 - Kazimiera Żywiec (Szynwałd), 2 - Maria Plebanek (Szynwałd), 3 - Genowefa Nowak (Poznań), 4 - Maria Kapustka (Inowrocław), 5 - Zofia Kopacz (Szynwałd), 6 - Genowefa Kowalska (Poznań), 7 - Wanda Galczak (Poznań), 8 - Maria Piechowiak (Inowrocław), 9 - Eleonora Bierło (Inowrocław)

 

Pracownicy gospodarstwa we dworze

 

Pracownicy gospodarstwa we dworze

 

We wsi pojawiło się dwoje żydowskich dzieci, brat z siostrą. Śpiewały godzinki, litanie, ktoś nauczył ich katolickich modlitw aby ocalały. Ludzie udzielali im pomocy, ale zatrzymać na dłużej się bali. Dzieci poszły do Zalasowej, a tam na Wolnikach ktoś je zadenuncjował. Niemcy zastrzelili dzieci na drodze i zostawili.

 

1944 r. We wsi stacjonowali żołnierze Wehrmachtu, u nas w domach nie kwaterowali bo dom stał w polach więc bali się partyzantów. Na łąkach niżej domu postawili jakiś zdezelowany czołg i ćwiczyli jak go unieszkodliwić. W wąwozie koło domu mieli jakieś wykłady a nieopodal zrobili sobie strzelnicę. Jak ćwiczyli strzelanie mieliśmy zakaz wychodzenia z domu. Na Niemców był strasznie zły nasz pies Norek. Żołnierze próbowali go przekupić, ale Norek był nieugięty. Na wszelki wypadek zamykaliśmy go w stajni i psina przeżyła wojnę, a dużo psów we wsi Niemcy wystrzelali.

 

Na podwórko wpadła grupa Niemców, jeden przyłożył tatusiowi do głowy lufę karabinu a reszta zabrała deski złożone pod stodołą. Tatuś po niemiecku wytłumaczył im, że był żołnierzem armii austriackiej i trafił do niewoli na Syberię. Jako dowód pokazał wykrzywione przez reumatyzm dłonie. Niemiec opuścił karabin, deski jednak zabrali.

 

Nad okolicą postrach siały dwa rosyjskie samoloty. Wieść niosła, że latały nimi dwie siostry bliźniaczki, ludzie nazywali je ''Osy''. ''Osy'' zrzuciły jakieś ładunki zapalające na niemiecką kuchnię w Zalasowej, od naszego domu było widać jak spłonęło kilka zabudowań.

 

Niemcy zaczęli zabierać ludzi do kopania okopów. Zbiórkę mieliśmy na drodze koło starej poczty, skąd forszpani zabierali nas wozami do Skrzyszowa pod dom pana Łabno. Stamtąd chodziliśmy piechotą do lasu ''Kruk'' kopać okopy. Wrzeszczący Niemiec wyznaczał nam działki na których mamy kopać. Pewnego razu natrafiłam na coś łopatą i moim oczom ukazała się głowa kobiety z długimi, czarnymi włosami. Przerażona zaczęłam z krzykiem uciekać, ktoś mnie złapał bo Niemcy mogli mnie zastrzelić. Przypadkowo trafiłam na masowe groby Żydów, których w lesie rozstrzelali Niemcy. Ci gdy zobaczyli co odkryłam błyskawicznie nas zabrali i przenieśli do kopania na Ładnej koło ''Cesarki'', czyli obecnej E4, w okolice skrzyżowania z drogą na kościół w Skrzyszowie.

 

Po tym jak w ''Wąwozach'', przy drodze na Łęki partyzanci zabili kilku Niemców, wygoda się skończyła. Forszpani przestali nas wozić i chodziliśmy do pracy piechotą. Pewnego dnia podczas pracy przy okopach nadleciały ''Osy'', zaczęliśmy machać białymi chusteczkami, że jesteśmy cywilami. ''Osy'' ostrzelały konny pocztylion na ''Cesarce'', który rozwoził propagandowe ulotki. Jeszcze dziś stoi mi przed oczami obraz porozrywanych od kul CKM-ów ludzi i koni w kałużach krwi. Ogólnie na Ładnej było trochę lepiej, bo pilnował nas Czech - alkoholik, który za setkę bimbru podbijał kartę i można było wracać do domu. Ostrzegał nas, żeby nie wracać głównymi drogami tylko przez pola, bo mogą nas złapać Niemcy.

 

Pewnego dnia dostajemy przykrą wiadomość, Niemcy zastrzelili Józia, syna Zofii Czarnik, matki chrzestnej mojej siostry Julki. Józiu był niepełnosprawny i panicznie bał się Niemców, zobaczył jakiś patrol i zaczął uciekać. Niemcy wzięli go za partyzanta i zastrzelili. Podobno żołnierz który strzelał, jak się dowiedział kto to był to się rozpłakał. Biedna chrzestna, na pierwszej wojnie straciła męża - Kazimierza Czarnika, a na drugiej syna.

 

Kazimierz Czarnik

 

Zofia Czarnik (w stroju krakowskim) i jej dzieci Agnieszka i Józef

 

Opisywana Zofia Czarnik była serdeczną przyjaciółka mojej mamy. Obydwie straciły mężów na pierwszej wojnie. Pierwszy mąż mojej mamy - Wojciech Zegar, zginął w 1915 r. pod Marianowem koło Lublina, a ich syn Karol zmarł na jakąś zarazę. Moja mama Agnieszka, wyszła po raz drugi za mąż za Franciszka Plebanka, mojego tatę. Gdy mama zmarła w wieku 42 lat, to Zofia zawsze o nas pamiętała, kiedy nas odwiedzała to każde z nas coś dostało. A było nas sześcioro, najstarszy Staszek miał 13 lat, a najmłodszy Kaziu trzy miesiące.

 

Agnieszka Zegar (później Plebanek) i Wojciech Zegar

 

Franciszek Plebanek - zdjęcie wykonane do Kennkarty

 

Na początku września 1944 r. zabrano nas do ''Paproci'', gdzie na ''Łysej Górce'' mieli być straceni Kusek, Kopacz i Kawa. Stojąc z innymi mieszkańcami Szynwałdu na pobliskiej łące, widzieliśmy jak po salwie plutonu egzekucyjnego skazani wpadli do wykopanego dołu.

 

W grudniu 1944 r. zaprzyjaźnia się z nami młody oficer Niemiecki, odwiedza nas przynosi czekoladę i cukierki, uczy naszego brata Staszka języka niemieckiego. Przed świętami miał wyjechać na front. Pożegnał się z nami i ze łzami w oczach powiedział, że ma przeczucie że zginie. Zostawił u nas w domu kartki pocztowe, które dostał z domu rodzinnego i obiecał że jak przeżyje to po nie wróci. Niestety nie wrócił a kartki gdzieś zaginęły.

 

W styczniu 1945 r. ruszył front i Niemcy w panice uciekali. Kilku naszych zatrzymało pod Kamienną Górą dwóch wozaków w niemieckich mundurach. Zabrali im towar i konie, zaś Niemców zaprowadzili w Dolce i rozstrzelali. Kolejna zbrodnia wojenna, a sprawcy do śmierci uważali się za bohaterów.

 

Wspomnienia wojenne Marii Czarnik spisane przez Piotra Ziębę, 22 maja 2014 r. w Zalasowej.